! U * W * A * G * A !
to wszystko układa się
w całość, więc urywek
może być niejasny

Kategorie: Wszystkie | Książka | Off
RSS
niedziela, 05 listopada 2006
6

Lud pracujący miast i wsi zasiadał przed telewizorami do późnej nocy i miał wątpliwą przyjemność kilkukrotnego oglądania twarzy premiera i wysłuchania tych wszystkich cudów na kiju, o których mówił. Było to dosyć irytujące, ale stało się, jak zwykle jakaś ważna wiadomość w telewizji, tematem niezliczonych debat.

         Tak samo było tego wieczora także w pozornie nie odstającej niczym od reszty wsi Włosowa. Bo czymże jest dworzec z peronem Innej Ciszy*, lądowiskiem dla śmigłowca rządowego i uderzająco podobnym do pasa startowego dla samolotów, będącym jednak tylko zaczątkiem autostrady kilometrem dwupasmówki, o którym rząd zapomniał kilka lat temu, zostawiając jedynie bramki, w których powinno się pobierać opłaty za przejazd. Pracownicy owych bramek (w liczbie dwudziestu siedmiu) mieli robotę jak marzenie, ale to swoją drogą.

         W tejże wsi żył Szymon Zygfryd, którego oprócz oryginalnego połączenia na linii imię-nazwisko, ciężko było odróżnić od reszty szarych wsiórów każdemu spoza owej wiochy. Był on jednak dla miejscowej ludności superbohaterem pierwszej wielkości. Od razu przychodzi na myśl Batman, człowiek-pająk, kobieta-kot i inne badziewiaki, ale Szymon Z. miał w posiadaniu o wiele konkretniejszy dar. Ludzie patetycznie mówili o nim Człowiek, Którego Dupa Świeci w Ciemności. Niejednokrotnie, w obliczu różnych klęsk żywiołowo-gospodarczych, których jednym z głównych efektów jest brak prądu, stawał się ratunkiem dla swojej wsi świecąc jej mieszkańcom przykładem lub, bardziej ordynarnie rzecz ujmując, po prostu dupą.

         Tego upalnego (nie wiem, co to ma do rzeczy) dnia Szymon wracał z biura swojej firmy CK. Dupa i Spółka późnymi godzinami wieczornymi. Wracał po bezdrożach, bo asfalt zwinęli tydzień temu przyjezdni ze znienawidzonej przez wszystkich wsi, której nazwy ani położenia nikt nie zna. W społeczeństwach ksenofobicznych już tak mają. W każdym razie nie było asfaltu, dziur jednak nie ukradli. Wracając do tematu – Szymon wracał swoim zdezelowanym BMW z lat 70’ poprzedniego wieku i nieustannie przyświecała mu myśl o tym, co zrobi, kiedy wróci już do domu. Przypomniał sobie nagle, że musi jeszcze zahaczyć o dom swojego przyjaciela o jakże niecodziennym imieniu Burek, co wywołało ruch jego ust, jakby chciał powiedzieć ‘o kurwa’, ale (z racji terkotu zdezelowanego silnika BeeMWicy) nic nie dało się posłyszeć. Wkrótce doszedł do tego samego wniosku i skręcił w lewo przy zjeździe na dworzec.

         Po kilkunastu sekundach znalazł się pod trzybasenową, czterdziestodrzwiową, niczym nie wyróżniającą się od innych chatą, o której każdy z Was powiedziałby zapewne ‘o, jaka wielka buda dla psa, tylko po co tyle drzwi’. I coś w tym jest, bowiem Burek od najmłodszych lat był znany jako Człowiek, Który Wygląda jak Pies, okoliczny superbohater numer 2.

-   Ogórek, do nogi! – krzyknął Szymon, wysiadając z samochodu.

         Po chwili dało się posłyszeć człapanie jakże wdzięcznych czterech łap, których właściciel, wychylając dwa głębsze i, po chwili, głowę zza drzwi odburknął złośliwie:

-   Po nazwisku to po pysku. Poza tym jesteś opóźniony.

-   Wiem, mówi się spóźniony, ale nie pieprz tyle i pakuj się do bolida, bo reszta już pewnie czeka – odrzekł Zygfryd, po czym otworzył drzwi BMW.

         Burek wpakował się do środka i ruszyli, a jako, że miał zły nastrój, na wejściu kazał przyjacielowi włączyć radio, bo muzyka zawsze poprawiała mu humor. Szymon szybko się dostosował, zapuszczając ich ulubione ‘Przeboje Równe i Równiejsze’.

         Pokonywali wieś w zawrotnym tempie, zawsze tak robili, odkąd posterunek policji podpalili ci obcy z wsi, której nazwy nikt nie znał. Burek, ze złotym łańcuchem na szyi i zimnym łokciem (tudzież łapą) za szybą, wtórował radiu nucąc ‘Ej suczki...’.

         Po kilku minutach tego zawodzenia i ryku silnika BeeMy, oczom Szymona i Burka ukazał się stojący pomiędzy drzewami na okolicznym wzgórzu wychodek, który od zamierzchłych lat był przez wieśniaków nieuczęszczany, bowiem nie posiadał ‘tego czegoś’, co wiejski wychodek powinien mieć, a na dodatek często waliły w niego pioruny. Wysiedli więc z auta i ruszyli w jego stronę. W środku tego drewnianego przybytku o wymiarach 2 na 2 dało się dostrzec lekkie światełko.

-   Aha, już są – powiedział ciężko zdyszany Szymon, kiwając głową w stronę Burka.

         Burek milczał, bo nie do końca wiedział, co go czeka. Powolnymi krokami zbliżyli się do wychodka i Szymon zapukał o jego drzwi coś w takcie na trzy czwarte i klasnął w dłonie nie do rytmu, a ze środka przybytku wydobył się ściszony do granic szeptu barytonowy głos:

-   Hasło.

-   Policja kryminalna – odpowiedział Szymon i drzwi się otwarły.

         Weszli więc do środka, gdzie było już trzech innych ludzi, którzy nerwowo spojrzeli na Burka.

-   No, tobie to się nudzi, Szymek, żeby z psem na konspirę przychodzić – rzekł posiadacz barytonowego głosu.

-   Nie, nie, to mój przyjaciel, który tylko wygląda jak pies, nie słyszeliście o nim? – odpowiedział Zygfryd, a to wywołało politowanie na twarzach obecnych.

-   A to dobre, przedstaw się piesku – rzekł drżącym ze śmiechu głosem drugi z obecnych.

         Reszta także się uśmiechnęła. Nie do śmiechu było jednak Burkowi, który odburknął niezbyt miło:

-   Jestem Burek, dla przyjaciół Lessie.

-   Ale jaja... – wyszeptali zgromadzeni chórem, oczywiście za wyjątkiem dwójki głównych jak na razie bohaterów.

         Szymon poczuł przypływ nerwów, ten sam, który od dłuższej chwili targał myślami Burka w stronę zbiorowego zabójstwa. Szybko jednak się opanował i pewnie powiedział:

-   Dobra, przedstawcie się szybko i musimy omówić parę spraw.

-   No, to może ja zacznę – powiedział posiadacz barytonowego głosu i ciągnął dalej – jestem Jan Kowalski, pseudonim artystyczny Janko Muzykant, a niewiadomo czemu wszyscy mówią na mnie Człowiek o Dwuminutowej Pamięci.

-   Bo pamiętasz zawsze tylko ostatnie dwie minuty kretynie! – odrzekł nerwowo gość w szarym płaszczu.

-   Panowie, nie zaczynajcie znowu – powiedział trochę nerwowo Szymon, a oni zaniechali kłótni i padła kolej na to, aby przedstawił się gość w szarym płaszczu.

-   Ja jestem Cecylia VonFallen, a mówią o mnie Kobieta-Facet – rzekł, a raczej rzekła, rozchylając płaszcz i niwelując wszelkie wątpliwości odnośnie swojej ksywki.

         Burek poczuł, że robi mu się niedobrze z racji tego niecodziennego widoku i wychylił głowę za drzwi, puszczając sromotnego pawia. Mogli kontynuować.

-   To teraz ja, nazywam się Tomasz Bruderszaft i jestem anonimowym alkoholikiem. Poza tym wszystko ze mną w porządku.

-   Skoro zapoznanie mamy już za sobą, to możemy przejść do istotnych kwestii i nie zajmować się pierdołami. – rzekł Szymon.

         Wszyscy ochoczo skinęli głowami w jego stronę, ale pomyśleli w tym samym momencie, że wypadałoby części właściwej zebrania poświęcić specjalny odcinek tej niskobudżetowej powieści i tak zaiste miało się stać.



* błąd druku (popularny chochlik kacowy) – powinno być Inter City – przyp. II z-ca red. nauk. bez wykształcenia

środa, 02 sierpnia 2006
5
Trzydzieści minut później nieopodal miejsca tego zajścia znalazła się ekipa telewizyjna, która została podsycona do działania przez niejasne stwierdzenie ze strony Kancelarii Prezydenckiej, mówiące o "przedstawicielu inteligencji, który wysadził się w powietrze". Szybkim krokiem ruszyli w stronę miejsca całej tej jakże dziwnej akcji, gdzie nadal (prawdopodobnie ze względu na strach) było totalnie pusto.
Po dojściu na miejsce zdziwieni redaktorzy stwierdzili wszem i wobec w całkowitej zgodzie, że nie ma żadnych ofiar ani nawet krwi, oprócz czegoś wyglądającego raczej na spalony ketchup, który właśnie spadł z trzechsetnego piętra.
- To dziwne, centrala podała, że kręcimy, bo pięćdziesiąt osób jest rannych, a siedem zginęło na miejscu - powiedział jeden z kamerzystów.
- Dziwne? Phi... przecież u nas każdy przekręt przejdzie! Tylko gdzie my znajdziemy siedem trupów do kroniki?
- Lepiej wracajmy, szkoda nawet zachodu, jak zrobić coś z niczego... - powiedział redaktor widocznie-naczelny i ruszyli.
Idąc do wozu transmisyjnego, napotkali w krzakach nieopodal dwie wystające nogi, które bardzo ich zaciekawiły. Właścicielem owych nóg okazał się być uczestnik Marszu Tradycji i Kiełbasy, którego widocznie wzywała natura, ale chemia nie pozwoliła mu tego wezwania zrealizować jak przystoi. Poległ przy samych krzakach w spodniach mokrych od szczyn, trzymając w ręce nadgryzioną kiełbasę, jak nakazywała tradycja.
- No, to mamy truposza! Szybko! Kręcimy, zanim otrzeźwieje! - krzyknął radośnie widocznie-naczelny.
- To raczej szybko nie nastąpi - odpowiedział widocznie-podredaktor i zaczął wyciągać z torby mikrofon.
Ekipa zebrała kilka ujęć, po czym "trup" zwolna przewrócił się na brzuch, rozkładając ręce jak biblijny Jezus. Tego mesjanizmu dziennikarze nie mogli nie wyłapać. Od razu zaczęli na nowo kręcić z nadzieją, że ten zaszczany niby-Jezus z kiełbasą w ręku stanie się jakimś symbolem.
Nie skończyli na dobre tych zdjęć, a już pojawiło się zapotrzebowanie na następne. Zza winkla bowiem wyłoniła się twarz wielokrotnego premiera i (za rządów Jarka i jego mamy) ex-premiera - Kazimierza Moherkiewicza, który już śpieszył z orędziem do narodu. Po twarzy, której wyraz pytał zapewne "czy już jest bezpiecznie", zza owego winkla wyłoniła się reszta premiera, która pewnym krokiem ruszyła w stronę ekipy zbierającej materiał na reportaż.
- Kręcicie, kręcicie! Śpieszy mi się do domu na obiadek - wyrzekł premier, po czym taśmy błyskawicznie zaczęły zapisywać jego słowa.
- Proszę mówić - zachęcił nieco onieśmielonego Kazimierza widocznie-podredaktor.
Podziałało to od razu. Na znak zachęty uniosła się prawa część górnej wargi premiera, który zaczął mówić:
- Rodacy, w dzisiejszym dniu zdarzyło się coś bardzo przykrego dla nas wszystkich! Tysiące ludzi znalazło się w niebezpieczeństwie, dziesiątki są ranne, siedem osób zginęło na miejscu, a wszystko dlatego, że opozycjonista zdetonował bombę (...)
Pół godziny później, po skończonym wywiadzie, ekipa dziennikarzy udała się na zasłużoną kawę. Wszyscy się odprężyli i uznali, że wykonali 100% normy. W pewnym momencie w ich rozmowie wyjaśniła się natura tego wspólnego spotkania przy małej czarnej:
- Całe szczęście, że miał obiad, już prawie zasnąłem z tą kamerą na ramieniu - snuł leniwie kamerzysta.
- Szczęście, szczęście! Dziesięć minut dłużej i byśmy posnęli jak biedny Rysiek wtedy przy bliźniakach.
- A co tam u niego, znalazł pracę? - zapytała zaciekawiona redaktorka.
- Z tego, co mi wiadomo, to nawet przestał szukać. Po pół roku bezsenności od tego incydentu zwariował i zamieszkał z rodziną w domku na drzewie. Żywią się szyszkami, wyją do księżyca, a przy pełni schodzą, by w stawie nieopodal porywać i patroszyć kaczki w akcie bezwzględnej zemsty na systemie...
 
1 , 2 , 3